"Zarządzanie Jakością"
Po co planować, skoro wszystko jest niepewne?
„Całość rozpadająca się na fragmenty to co innego niż fragmenty składające się na całość” – pisał S.J. Lec w Myślach nieuczesanych. Ta błyskotliwa sentencja bardzo dobrze oddaje sytuację wielu organizacji, które deklarując ważność planowania, równocześnie – po cichu – tworzą jego iluzję. Brak myślenia strategicznego, celowego, zastępują dopasowywaniem rozpadających się fragmentów do jakiegoś, tworzonego już post factum obrazu. Ta fikcja jest niebezpieczna, bo pozwala wytłumaczyć każde niepożądane zjawisko jako wcześniej już rozpoznane, dobrze zaplanowane.
Rozpadające się fragmenty szczególnie dobrze widać w sytuacji kryzysu. Widzimy dzisiaj nie tylko porażki poszczególnych firm, wielkich banków, ale i państw. Strefa euro ratuje (?) Grecję, kilka innych europejskich gospodarek ledwie stoi na glinianych nogach. Wielu z niepokojem patrzy na notowania franka szwajcarskiego, zadając sobie pytanie: co dalej? Młodzi ludzie, którzy zaplanowali swoją przyszłość poprzez uzyskanie solidnego wykształcenia, są teraz masowo bezrobotni. Czy zatem sens ma planowanie, skoro świat wokół nas jest tak niepewny, pozbawiony przewidywalnej, przyczynowo-skutkowej logiki? Czy nie lepiej oddać się spontanicznemu działaniu, jeśli i tak nie mamy wpływu na to, co się wydarzy? Oczywiście sporo racji jest w takim poglądzie. Nasze codzienne doświadczenia uczą pokory, bo przecież wiele ambitnych postanowień i planów legło w gruzach. Druga intuicja podpowiada nam jednak, że bez planowania nie osiągnęlibyśmy tego, co mamy. I mniejsza o to, czy były to plany zapisane czy tylko kłębiące się w głowach...
Znane powiedzenie „If you fail to plan, you plan to fail” (Jeśli nie planujesz, to planujesz porażkę) nie jest tylko grą słów, ale poważną, bo płynącą z tzw. mądrości zbiorowej, przestrogą, co się stanie, jeśli planować nie będziemy. Czym jest zatem planowanie, tak kontrowersyjne, a jednak ważne? Można by powiedzieć, że jest projekcją przyszłości. Przyszłości? Przyszłość nie istnieje. Istnieje teraźniejszość, a w niej nasze ambicje i marzenia. Planowanie zatem, jak sądzę, jest po prostu projekcją marzeń. Próbą takiego tworzenia rzeczywistości, które jest odważne i celowe. Możemy czekać z założonymi rękami na to, co przyniesie przyszłość, pesymistycznie oceniając swoje możliwości wpływu na świat. Możemy też pamiętać o „efekcie motyla”. W 1960 r. Edward Lorentz stworzył doskonały program do prognozowania pogody. Poświęcił mu wiele pracy, uwzględniając w bardzo złożonych równaniach relacje między temperaturą, ciśnieniem, prędkością wiatru i innymi czynnikami. Kiedy był przekonany, że prognoza, którą opracowywał dzięki swojemu algorytmowi, jest bliska doskonałości, zauważył, że dzięki zmianie wartości tylko jednego parametru, i to na trzecim miejscu po przecinku, nowa prognoza jest radykalnie odmienna od pierwszej. Ten chaos deterministyczny przedstawiany bywa też bardziej obrazowo, jak w filmie The Butterfly Effect – trzepot motylego skrzydła w Nowym Jorku wywołuje huragan w Japonii. I znów możemy pesymistycznie powiedzieć: pogody nie da się przewidzieć, po co planować, skoro jakiś „motyl” ma większy wpływ na moje losy niż racjonalne, świadome działanie? Albo samemu stać się motylem swojego losu. Machać skrzydłami, aby próbować wymachać dla siebie taką przyszłość, jaką się zaplanowało.
Planowanie to projekcja ciężkiej pracy, która jest do wykonania wcale nie w przyszłości, której nie ma, ale od dzisiaj do jakiegoś innego „dziś” za jakiś czas. Może to nas najmocniej do planowania zniechęca, że dobry plan to – rozpisany na zadania do wykonania – trud. Układanie z fragmentów całości. Konstrukcja zamiast destrukcji. A ryzyko? Zapytałbym wtedy, czy większym ryzykiem nie jest przypadkiem pozbawienie się, a niechby nawet!, nierealnych marzeń.







czytelnik
autor
reklamodawca
redaktor


















