Jakość nigdy nie zajmuje więcej czasu lub nie kosztuje więcej niż brak jakości.

3/2011 (25)

"Zarządzanie Jakością"

All I need to przesłać swoje dane

Chciałbym podziękować Naczelnemu, przyjaciołom z Redakcji i wszystkim, z którymi miałem zaszczyt pracować przez ostatnie 7 lat w „Zarządzaniu Jakością”! Chciałbym… Chciałbym… To z nadmiaru emocji! Może jednak napiszę wprost. Jestem bajecznie bogaty! Kończę z pisaniem felietonów! Ten jest ostatni!

Stanisław Drozd

QR - Quality Relations


Powodem tej śmiałej decyzji jest Dr. Michael William, który napisał do mnie osobiście, by obdarować mnie laurem majętności „Piszę ci z mojego biura, które będą z ogromną korzyścią dla nas obu. W moim departamencie, jako kierownik London Regional Office, odkryłem opuszczonej sumę 15,4 mln funtów Wielkiej Sterling Funt brytyjski (…) To będzie wypłacane lub udostępniane w tych procentów, 60% na 40% mnie i dla Ciebie. All I need to przesłać swoje dane w naszej bazie danych systemu bankowego (…)”.

Dopiero teraz rozumiem ten rodzaj szczęścia i euforii, który ogarnia ludzi w takiej chwili, ba, nawet zaczynam rozumieć firmy i ich zarządy, gdy otrzymują wyjątkową wiadomość o wyróżnieniu ich przez kogoś, kogo zupełnie nie znają. Powiem więcej, być może kiedyś uda mi się zrozumieć ideę „Lauru Konsumenta”, który działa na ośrodkowy układ nerwowy niemal w identyczny sposób jak Dr. Michael William. Pomocna w wyjaśnieniu tego fenomenu może się okazać druga już publikacja, jaką tej inicjatywie agencji PR z Katowic poświęciła „Wyborcza” w swoim artykule Laur niektórych konsumentów. Jak to działa?. Poprzednia nosiła równie znamienny tytuł: Jak spocząć na Laurze? Wystarczy 200 głosów. I pieniądze. Kropkę nad „i” postawił „Newsweek” w artykule Panie, kup pan prestiż. We wszystkich tych publikacjach opisano to, o czym w środowisku jakościowym mówiło się od lat. Mówiło, mówiło i nic z tego nie wynikało. Poważne korporacje bez weryfikacji swojego dostawcy kupowały produkt, który trwale i na masową skalę deprecjonował dwa pojęcia: „jakość” i „konsument”, a bardzo często deprecjonował także ich własne marki. Jak to możliwe? Zapytajcie, drodzy konsumenci, nagrodzone laurami (przez was samych) firmy. Ja sam tego nie pojmuję, mimo że informacje o „Laurze Konsumenta” i jego licznych klonach kolekcjonuję praktycznie od pierwszych dni jego powstania, a raczej próbuję kolekcjonować, gdyż najważniejszych informacji do dnia dzisiejszego nie udało mi się zdobyć. Na stronie organizatora nigdy nie było żadnego regulaminu, merytorycznych zasad, sprawozdań oraz innych informacji potwierdzających transparentność oceny dokonywanej przez nas samych, czyli konsumentów. Co gorsza, konkurs, zbierając dane konsumentów, nie spełniał i nie spełnia podstawowych wymogów narzucanych przez przepisy prawa, a publicznie dostępnych nawet na stronach GIODO – do dzisiaj brak w e-GIODO informacji o zarejestrowaniu przez organizatora chociaż jednej bazy danych. W związku z faktem, że „Laur Konsumenta” jest rzekomo nagrodą konsumencką, a nie komercyjną, każdy konsument ma prawo zadać publicznie pytania dotyczące metod badawczych, wyników badań audytoryjnych, badań porównawczych, badań na osi czasu, estymacji, miarodajności danych lub chociażby ochrony danych osobowych, ale przede wszystkim zapytać organizatorów, jakie korzyści ten konkurs przynosi konsumentom. A jeżeli nie konsumentom, to komu? Na to pytanie odpowiedź znalazła oczywiście „Wyborcza” i „Newsweek”, gorzej, że nie znalazł jej UOKiK. Niedawno bowiem organizator dumnie obwieścił na swojej nowej stronie internetowej, iż „Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w trakcie przeprowadzonego postępowania wyjaśniającego, po analizie całokształtu materiału zebranego w trakcie postępowania, nie stwierdził dopuszczania się praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów przez organizatora konkursu Laur Konsumenta”. Sam fakt wszczęcia takiego postępowania jest skromnym sukcesem konsumentów, ale decyzja UOKiK jest już porażką. Porażką konsumentów w prawie 40-milionowym kraju i pyrrusowym zwycięstwem maleńkiej agencji PR.

Gdyby nie to, że jestem niezwykle bogaty, pewnie popadłbym w konsumencką depresję. Nie popadnę tym bardziej, że dostałem właśnie kolejny list! Tym razem podpisał się pod nim sam Jackson Biała, który hojnie przelicytował poprzednią ofertę: „I odkryto porzucone na ilość funtów brytyjskich 20500000 (…)”. Stoję teraz w finansowym rozkroku – za jedną nogę trzyma mnie Dr. Michael William, a za drugą Jackson Biała. Ciężko w tym wieku zrobić szpagat, więc chyba zadzwonię do Naczelnego i opowiem mu o swoich planach na kolejny felieton.

Realizacja: editWEB Powered by: editWEB CMS