"Zarządzanie Jakością"
Dobra szkoła
Początek roku szkolnego. Na korytarzu mijają się dwie nauczycielki. Młoda, zaczynająca pracę, objuczona toną książek, notatek, materiałów pomocniczych, przygarbiona, ale z entuzjastycznym błyskiem w oku, starsza też idzie na lekcję, ale ma w ręce tylko małą torebeczkę.
Początek roku szkolnego. Na korytarzu mijają się dwie nauczycielki. Młoda, zaczynająca pracę, objuczona toną książek, notatek, materiałów pomocniczych, przygarbiona, ale z entuzjastycznym błyskiem w oku, starsza też idzie na lekcję, ale ma w ręce tylko małą torebeczkę.
Młodsza koleżanka, zafascynowana tym widokiem, przystaje i z atencją w głosie mówi: „podziwiam panią, że pani ma to wszystko w głowie”. Starsza odpowiada: „myli się pani, ja mam to wszystko w d…!” Zastanawiające, że z tego dowcipu najgłośniej śmieją się sami nauczyciele.
Powroty do szkół skłaniają do refleksji na temat jakości edukacji w Polsce. Spieramy się, czy dzieci powinny pójść do szkoły w wieku sześciu czy siedmiu lat, nie bardzo podobają nam się gimnazja, które w wielu wypadkach przynoszą więcej zagrożeń niż owoców edukacyjnych, narzekamy na korepetycje, które właściwie zastąpiły porządne przygotowanie do matury, jakie powinien otrzymać uczeń w liceum. Szkolnictwo wyższe w Polsce w wielu dziedzinach jest anachroniczne, oparte na teoretycznym nauczaniu – nierzadko na teoriach zalatujących wiekową myszką, w niewielkim stopniu przygotowujące do radzenia sobie z rzeczywistymi problemami, choćby poprzez warsztaty i otwarcie na praktykę.
Właśnie dzisiaj czytam, że MEN chce walczyć z korepetycjami (korzysta z nich – wg badań – co drugi uczeń!) poprzez wprowadzenie w szkole podstawowej po jednej dodatkowej godzinie matematyki i j. polskiego. Jakby ilość mogła zastąpić jakość…
Takie rozwiązania, pisane naprędce, nie przyniosą prawdziwej zmiany. Bardziej wynikają z lęku przed niezadowolonymi wyborcami niż z prawdziwej troski. Brak jest debaty na temat tego, czym jest dobra szkoła, a bez odpowiedzi na to pytanie nie można przystąpić do zmiany systemu.
Próbą zachęcenia do dyskusji jest esej Mieczysława Godynia Co to jest dobra szkoła?, w którym autor odświeża zapomniane pojęcia, stanowiące fundament, na jakim budować możemy odnowioną jakościowo szkołę. Pisze o szacunku: „wiedza zaskarbia sobie szacunek wtedy, gdy ma w sobie moc i prawdę. Gdy przynosi radość i wolność oraz uczy, jak żyć. Pozbawiona tych cech, staje się stertą śmieci. Kto nie zobaczy na własne oczy, jak mądrość zwycięża głupotę, jak prawość radzi sobie z nikczemnością, radość z przygnębieniem, a prawda z blagą, ten nie uwierzy, że wiedza jest skarbem. Zaufa raczej cwaniactwu i sile, a z mądrości będzie drwił: również wtedy, gdy nie odnajdzie z jej pomocą swojego miejsca w świecie ani sensu swoich uczynków”. Inne zapomniane kategorie to prawda, autorytet i więź.
„Prawda – pisze M. Godyń – to także umiejętność bycia tu i teraz. Jej przeciwieństwem jest życie jak gdyby, na brudno. Otóż szkoła nie ma być przygotowaniem do życia – czyli czasem nieprawdziwym, pozornym – lecz samym życiem. Kto nie żyje teraz, nie żyje wcale”.
Myślę, że o takiej szkole wszyscy marzymy, chociaż pojawia się nuta smutku, że to jednak zbyt idealistyczne marzenia. Musimy jednak podejmować próby – zaczynając od siebie – aby nie ulegać pokusie pozoru pracy, pozoru uczenia, o którym pisał Józef Tischner: „praca pozorna jest pozorną wzajemnością, przynoszącą pozorne owoce, zaspokajającą pozorne potrzeby. Rodzi się z niej wielki świat pozorów”. Uczniowie i studenci znakomicie ten fałsz wyczuwają. Czasami się buntują, ale też, choćby podświadomie, uczą się takiej postawy wobec pracy i koło się zamyka. Da capo al fine.







czytelnik
autor
reklamodawca
redaktor


















